Oczywistym jest fakt, że ekosystem kultury, który obecnie zamieszkujemy która opiera się na technologii. Tempo rozwoju świata skorelowane jest z rytmem oddechu postępu technicznego, wdechu innowacji oraz wydechu stopniowego wdrażania i chwilowej stagnacji. Nie sposób nie zauważyć, że oddech ten staje się coraz szybszy – i być może, w swym nieustannym i coraz bardziej dramatycznym zagęszczaniu prowadzi do swoistego szczytowania w formie nadejścia zapowiadanej przez wielu Osobliwości, początkującej epokę czegoś o klasę wyższego niż znany nam dotąd fenomen życia.

Przyznać należy, że jest nieco inaczej, niż wyobrażano to sobie jeszcze nie tak dawno – podobno już od jakiegoś czasu ludzkość z powodzeniem zarządzać miała miastami na Marsie albo przynajmniej na Księżycu. Zamiast nich, mamy tablety i Instagram. Pomimo to, ogólnie rzecz biorąc, sprawy rozwoju technologicznego wyglądają dziś bardzo optymistycznie – np. dzięki terapii genowej możemy m. in. skutecznie wyeliminować samoistną łamliwość kości, dzięki zdobyczom innych dziedzin możemy wyhodować gotowego kotleta w inkubatorze bez konieczności uboju zwierzęcia, dożywotnio wyleczyć wszelką wadę soczewki oka zastępując ją syntetyczną (co dodatkowo wzbogaca pacjenta o wielokrotny zoom w oczach!), usłyszeć dżdżownicę wypełzającą z grudki ziemi w odległości kilku metrów, zobaczyć, co śni się wyszukiwarce internetowej, zabrać ukochanego psa na koncert z muzyką skomponowaną specjalnie w obrębie spektrum jego słyszenia, dojechać do pracy ekologicznym, elektrycznym samochodem (i to wcale nie tak powoli, jak można by się tego spodziewać – najnowszy prototyp elektrycznego pojazdu osiąga 600 kilometrów na godzinę), już niedługo pociągi typu hyperloop będą mogły zawieźć nas na drugi koniec kontynentu w czasie, który obecnie zajmuje pokonanie odcinka pomiędzy Krakowem a Warszawą (mają poruszać się z prędkością w zakresie 900-1200 km na godzinę), nie wspominając już o podwodnych hotelach, weekendowych wypadach na orbitę planety, hipotetycznej możliwości cybernetyzacji świadomości i całej idącej za nią rewolucji – zapisu wspomnień, przesyłania doznań jak zdjęć na Fejsbuku czy instalowania informacji z internetu w mózgu. Oczywiście, z pewnością mielibyśmy do czynienia z co najmniej kilkoma mniej przyjemnymi aspektami zjawiska (nietrudno wyobrazić sobie możliwość wewnętrznego wyświetlania reklam podczas snu bądź narzucanego instalowania wspomnień spreparowanych). Przypomnę też, że część uczonych, w tym m. in. członków American Medical Association podnosi temat wpisania procesu starzenia się na listę… chorób. Biorąc pod uwagę zawrotne tempo skutecznych w efektach, równolegle prowadzonych prac nad rozwojem sztucznej inteligencji należy nam powoli zgodzić się z wypowiedzią jednego z bohaterów filmu Alexa Garlanda Ex Machina: my już nie piszemy historii człowieka; to jest historia bogów.

Algorytmy genetyczne, budowanie sieci neuronowych czy tworzenie sztucznych inteligencji pozwalają nam lepiej rozumieć podstawy procesów twórczych,  a w szerszym zakresie wymuszają refleksję nad redefinicją pojęcia fenomenu życia w ogóle. Osobiście uznaję coś za formę życia jeżeli wykazuje się zespołem konkretnych cech i możliwości oddziaływania wynikających ze specyficznego uporządkowania cząstek, umożliwiającego szczególny przepływ energii, powstałych na drodze emergencyjnego procesu kształtowania materii.


Algorytmy genetyczne, budowanie sieci neuronowych czy tworzenie sztucznych inteligencji pozwalają nam lepiej rozumieć podstawy procesów twórczych, a w szerszym zakresie wymuszają refleksję nad redefinicją pojęcia fenomenu życia w ogóle.


U progu augmentacji organizmów żywych (osobiście opowiadam się za hipotezą wedle której – obok równolegle przebiegającej, konsekwentnej robotyzacji społeczeństw – po rozwinięciu sztucznej inteligencji nastąpi fuzja organizmów żywych z nią, nie zaś eradykacja jednego gatunku przez drugi) rozpowszechniona obecnie kultura twórczości jest w zbyt małym stopniu zapładniająca i stymulująca dla budowania nowych sieci wartości, znaczeniowości, a także dla rozwoju sprawności psychofizycznych efektywnie działającego człowieka XXI w. Transhumanistyczna cyborgizacja, której pierwszą fazę obserwujemy już od kilkunastu lat, odkrywa przed nami nowe horyzonty i nieznane dotąd przestrzenie doznań i interakcji  ze środowiskiem. Tzw. estetyka materiału – której śmierć jakże ochoczo i łatwo odtrąbiła większość twórców postmodernistycznych, przedstawicieli nowego konceptualizmu oraz sztuki relacyjnej – zostaje właśnie wzbogacona o multum nowych możliwości, z których eksploracja może znacząco wpłynąć na rozwój wrażliwości i zmysłowości, a co za tym idzie – przede wszystkim świadomości twórców i odbiorców (a właściwie jednych i drugich jako tych samych – oczywistym jest fakt, że odbiór sztuki nie polega zaledwie na konsumpcji, niezbędna jest chociażby podstawowa umiejętność „zakomponowywania” odbieranych elementów na drodze czysto zmysłowej oraz wyznaczania skorelowanych z wrażeniami interwałów znaczeniowych).

W tym miejscu pragnę podkreślić, że w żadnym wypadku nie jestem przeciwnikiem nowego konceptualizmu ani sztuki relacyjnej; z resztą ta druga jest tak rozległym i społecznie aktualnym zjawiskiem, że trudno choćby w niewielkim stopniu o nią nie zahaczyć (jeżeli w swoim spojrzeniu uwzględniamy bodaj odrobinę przytomności antropologiczno-kulturowej). Niniejsza wypowiedź ma na celu wskazanie odmiennej, równoległej drogi, stanowiącej podbudowę dalszego uwrażliwiania i budowania większej świadomości – jednostek i kultur, wreszcie ludzkości jako gatunku. Odbyłoby się to przez wyprowadzenie sztuki w rejony, z którymi niekoniecznie jest kojarzona; porzucenie części przypisywanych jej i definiujących ją dotąd funkcji na korzyść podjęcia innych z jednej strony znacznie bardziej technicznych (jak to nazywają moi adwersarze: nieludzkich), z drugiej jednak – całkiem pierwotnych.


 

CZYTAJ DALEJ >> CZĘŚĆ II