Niewątpliwie należy przyznać rację kompozytorom muzyki relacyjnej w tym, że koncert niegenerujący sytuacyjnej gry społecznościowej i nie rozpinający sieci znaczeniowych intryg pomiędzy wszystkimi świadkami zdarzenia jest przeżytkiem; nie wzbogaca uczestników w wystarczająco wydajny (jak przystało na nasze czasy i położenie) sposób. Jest zwykłym marnotrawstwem czasu i środków. Materiał odbierany w oderwaniu od okoliczności i wszelkich czynników zewnętrznych i wewnętrznych to co najwyżej koncept filozoficzno-językowy, nie jest nam w żaden sposób dostępny i zaprzeczanie temu twierdzeniu jest równie uzasadnione jak obstawanie przy zdaniu, że Ziemia jest płaska. Sala koncertowa, scena teatralna, galeria czy jakakolwiek inna przestrzeń oddana dotychczasowej sztuce czy temu, co bezpośrednio z niej wyrasta musi stać się polem swoistego igrzyska, jeżeli ma efektywnie oddziaływać. Chcę w tym miejscu podkreślić, że nadal uważam, że muzyka absolutna istnieje i jest potrzebna; do tego pozornego paradoksu oraz mojego rozumienia powyższych terminów wrócę później.


Koncert niegenerujący sytuacyjnej gry społecznościowej, nie rozpinający sieci znaczeniowych intryg pomiędzy wszystkimi świadkami zdarzenia jest zwykłym marnotrawstwem czasu i środków.


Wspomniana powyżej (zakomponowana) kontekstowość sztuki sama w sobie nie jest niczym nowym czy przełomowym, tak –przy mniejszej bądź większej świadomości osób zaangażowanych- działo się zawsze, choć do niedawna kategorie te nie były w takim stopniu traktowane jako autonomiczne (choć oczywiście sprzężone) parametry konstruowania dzieła. Problem polega na tym, że nawet przy coraz swobodniejszym poszerzaniu granic sztuki, tworzenia kontekstów, odniesień, poliperspektywicznej logiki odczytu znaczeń (wszak prądy, o których mówię nie mają nic wspólnego z symbolizmem, choć przez niektórych są w ten sposób mylnie klasyfikowane) brakuje czegoś, co sięgałoby do głębokiego doświadczania rzeczywistości, nie tylko jako kontrapunktu zmian kulturowych, ale w formie konstruktywnego rezonansu w rzeczywistości fizycznej jako takiej. Niestety, większość twórczości zaangażowanej społecznościowo rzeczywiście odzwierciedla obecne realia fatalnego, postagonalnego etapu postmodernizmu – katastrofy wyobraźni, wobec której inteligencja artystyczna może publicznie funkcjonować jedynie jako sarkazm lub ironia, a postulowana, nowa „afirmatywna” krytyka nadal nosi znamiona dobrze nam już znanego, wysokokalorycznego szyderstwa. Konkrety, założenia, a nawet jakże apoteozowana przez autorów treść dzieła rozmywają się  w gąszczu niekończących się, notorycznie występujących odniesień przypominających wyskakujące w przeglądarce internetowej okienka pop–up. Nie chodzi mi tutaj  o krytykę poszerzania pojęć – jest to bardzo potrzebne – ale w celach ekspansji możliwości poznawczych bytu o emergentnej ontologii a nie tworzenia informacyjnego hałasu. Dobrze zaplanowana prowokacja jest skuteczną metodą inspiracji i stymulacji, ale ciągłe odwoływanie się i powielanie negatywnych, czyli wstrzymujących rozwój (za takie uważam, każde, które nie przyczyniają się do jego przyśpieszenia) wzorów i modeli zaczerpniętych z kultury masowej uważam za ścieżkę chybioną i myślę, że wraz z upływem czasu zostanie za taką, w znacznym stopniu, uznana. Krótko mówiąc: istnieje różnica pomiędzy grą a zabawą. Jeżeli chcemy podnieść standardy kulturowe potrzebujemy w sztuce czegoś, co będzie propozycją namacalnego kontaktu ze światem, nieograniczonym jedynie do kwestii społeczno-politycznych czy obyczajowych. W kulturze dnia codziennego również można wiele poprawić – pokażcie ludziom prawdziwą głębię seksu tantrycznego, a założę się, że przemysł porno napotka poważny kryzys; udostępnijcie suplementy nootropowe przy równoległej legalizacji zakazanych substancji psychoaktywnych  a okaże się, że zakres problemów związanych z narkomanią drastycznie się zmniejszy przy jednoczesnym wzroście produktywności społeczeństwa.

 

SHORT DOCUMENTARY ON PORTUGAL’S DRUG POLICY:

 


Poszerzanie zakresów znaczeniowych oddziaływań jest bardzo potrzebne w celach ekspansji możliwości poznawczych bytu o emergentnej ontologii, nie tworzenia informacyjnego hałasu. Istnieje różnica pomiędzy grą a zabawą.


Akceptacja – wrażliwość – doznanie – poznanie – świadomość – działanie – kolejna transgresja. Po pierwszych posthumanistycznych uświadomieniach, do których doszła dzisiejsza cywilizacja nie możemy pozostać obojętni na szerszy kontekst twórczości, chociażby biologiczny, technologiczny, środowiskowy i egzystencjalny. W dzisiejszej sztuce brakuje czegoś, co wywoływałoby swoisty overview effect. Aby tego dokonać, sztuka, przynajmniej w jakimś stopniu musi zarzucić obecną rolę odzwierciedlania i poszerzania rzeczywistości jedynie na poziomie kulturowo-społecznościowym. Artysta musi rozszerzyć swoją rolę komentatora wyrażającego opinię czy po prostu twórczego intelektualisty reagującego na zaistniałe realia. Dzieło musiałoby się stać stymulantem, powodem, inspiracją do działania nie tylko na płaszczyznach języka i struktur społecznych. Musiałoby stać się niczym plemnik trafiający na komórkę jajową – żyzny grunt umysłów i ciał odbiorców, zapładniając je nie tylko ideami ale dostarczając ubogacającego i niezbędnego do stworzenia nowych form materiału bodźców pozbawionych symbolicznych znaczeń. Sztuka powinna wręcz inicjować dosłownie fizyczne przemiany skutkujące rozszerzeniem uważności, wrażliwości i ogólnej efektywności w działaniu. Mój kolega Piotr Roemer powiedział do mnie podczas dyskusji, którą prowadziliśmy jesienią 2014 roku dość poirytowanym tonem: „(…) doprowadzisz do sytuacji, w której muzyka będzie wstrzykiwana przez strzykawki!” – muszę przyznać, że określenie to niezwykle przypadło mi do gustu  – w reakcji na co roześmiałem się w autentycznym zadowoleniu. Tak – stymulant, konkret, efektywnie działające metody, odżywienie sprawności odbioru celem wzniesienie komunikacji i świadomości na nowy poziom – strzykawka z muzyką jest nam dzisiaj bardzo potrzebna.


 

CZYTAJ DALEJ >> CZĘŚĆ III